faq
A A A

Chmielewska: Chyba szlag mnie trafi

2011/06/28 14:02 | dodał: ol
Chmielewska: Chyba szlag mnie trafi
- Kiedy po długiej przerwie czytam swoje książki, to zmieniłabym w nich wszystko - mówi Chmielewska
Fot. magazyn "?dlaczego"
Kochała czytać książki, ale na polonistykę pójść nie chciała. Na medycynę też nie, bo się brzydzi. I choć rodzina marzyła, że zostanie właśnie lekarzem, ona wybrała architekturę, choć o planie sześcioletnim nie miała pojęcia. Na zajęciach z konstrukcji metalowych robiła na drutach. Na pierwszym roku urodziła dziecko, a na studenckich praktykach mierzyła kościoły. Jej życia wystarczyłoby na kilka powieści. Jedyna i niepowtarzalna królowa kryminałów – Joanna Chmielewska.
Podobno kiedy czyta Pani swoją książkę, ma poczucie, że dała plamę. To prawda?
Wielokrotnie. Teraz, kiedy po długiej przerwie czytam swoje książki, to zmieniłabym wszystko i poprawiła. Są małe błędy, niezręczności. No, ale przecież nie zacznę pisać wszystkich książek na nowo.

Krytyczna jest Pani nie tylko w stosunku do swoich książek, ale też wobec współczesnej młodzieży i studentów.
Bo to, co zrobiło się z oświatą, woła o pomstę do nieba! Wszyscy chyba upadli na głowę! Dzieci w szkołach przestały się uczyć, szkoły średnie nie kształcą, a ciało pedagogiczne pisze „ołówek” przez „u”. Na miłosierdzie Pańskie! Kto kogo tutaj uczy? Młodzież uważa, że wszelka nauka i studia to głupota niewarta uwagi. Teraz nie ma życia bez dyskotek, imprez, bez spróbowania tych dragów, tych pigułeczek, tych igiełek. Cieszę się, że niebawem umrę, bo nie jestem w stanie tego znieść i inaczej szlag mnie trafi.

Aż takie emocje to w Pani wzbudza?
No tak, bo jak tak można! Szlag mnie trafia, gdy słyszę, jak osoby po polonistyce „ubierają buty”. W co oni je, do cholery, ubierają? W cekiny, w perełki, w złote hafty? A gdzie to „się”? A zabrakło! Ubrać można dziecko albo ukochaną żonę w rozmaite futra. Co my teraz posiadamy? Dwa ręce, dwa nogi. I to nie tylko w mowie, ale i na piśmie. Znam osobę po polonistyce, która uważała, że sensatka to taka facetka, która rozgłasza sensacje. Na studiach medycznych nie ma przedmiotu „diagnostyka”. Efekt jest taki, że jeden lekarz na stu potrafi przy użyciu tych wszystkich instrumentów postawić trafną diagnozę. To ja lepiej potrafię to zrobić jako stara baba z doświadczeniem! A nie byłam na studiach medycznych, daję słowo! Wie pan, co mnie cieszy? A to, że umrę, a oni wszyscy zostaną między sobą i będą się kotłować z tą swoją wielką wiedzą! Bardzo będzie im tak dobrze!

Gdzie Pani zdaniem leży główna przyczyna takiej sytuacji?
To jest, niestety, wina ogólnospołeczna, która leci przez pokolenia. Wina spoczywa na rodzicach, nauczycielach oraz młodzieży, która lekceważy sobie wszystko dokładnie – ale to jest wina wychowania. Moje wnuczki są po studiach, moi synowie są po studiach i żadne z nich nie zidiociało. Jesteśmy taką wyjątkową rodziną? Nie, rodzice dbali o to, co dzieci robią i jak mówią. Pokolenie, które przeżyło wojnę, chciało, aby ich dzieciom było lepiej, ale tak aż do przesady. Teraz dzieci tych dzieci też pokazują swoje zidiocenie. Nie wiedzą, gdzie mają książkę, plecak, tornister. Mamusia lata i szuka za nich. Za moich czasów nie przyszłoby jej to do głowy, aby latać za książkami, bo stała w ogonkach albo pracowała. Dziecko samo szukało po straganach książek wydanych jeszcze przed wojną, bo nie było innych. Rany boskie! Oni teraz nie potrafią sobie śniadanka zrobić, chlebka sobie ukroić. To jest stado paralityków! Jestem przerażona i poziomem nauki, i stosunkiem ludzi do wiedzy, nauki i ciekawości świata teraźniejszego oraz przeszłego. Przecież oni potrafią pomylić Henryka VIII z polskimi królami. Który on był, cholera? Ale nazwiskami piosenkarek estradowych, piłkarzy z przyjemnością zaśmiecamy sobie głowę.

Problem w tym, że nie czytają książek.
Ostatnio oglądałam teleturniej „Milionerzy” i tam zawodnik oraz jego koleżanki nie wiedzieli, co to są branki! Jakby natknęli się na tytuł „Branki w jasyrze”, to nie mieliby bladego pojęcia, o czym może traktować to dzieło. Niezwykłe oczytanie! Przeczytaliby „Trylogię” i by byli tacy zmęczeni. Mamusia by musiała latać i przynosić herbatkę, mleczko i zdjąć buciki. Aż mi się cisną na usta budowlane słowa, a ja ten język dobrze znam.

Kiedyś było inaczej...
No pewnie! Ja wszystkie książki będące lekturami szkolnymi, z wyjątkiem „Tęczy” Wandy Wasilewskiej, miałam opracowane wcześniej, zanim znalazłam się w klasie. I w szkole nie dali rady mi ich obrzydzić. W latach 60. nasz naród słynął z tego, że nasze uczelnie wypuszczały fachowców lepszych niż w Danii, USA, Kanadzie, Francji. Jak pracowałam w Danii, wszyscy byli wstrząśnięci i zdumieni, że potrafiłam rozrysować szacht windowy, bo to należało do konstruktora. Ja nie miałam prawa tego umieć. Ale to było kiedyś, a teraz ten polski architekt umie jeszcze mniej niż duński. Potworne!

Czyli mam rozumieć, że jako studenci architektury byliście zakopani po same uszy w książkach?
Nie mieliśmy skąd wziąć książek. Jeśli były skrypty, to było błogosławieństwo. A tak człowiek jechał na własnych notatkach. Mieliśmy za to przedwojennych profesorów. Edukowali nas Suzin, Poniż, Karpiński,
Krótko o niej
Joanna Chmielewska
Ceniona autorka powieści sensacyjnych, kryminalnych, komedii obyczajowych, a także książek dla dzieci i młodzieży. Z wykształcenia jest inżynierem architektem, ukończyła Wydział Architektury na Politechnice Warszawskiej, przez kilka lat pracowała w biurach projektowo-budowlanych. Jako autorka debiutowała w 1958 r. w czasopiśmie „Kultura i Życie”. W 1964 r. wydała swoją pierwszą książkę – powieść sensacyjną „Klin”, zekranizowaną dwa lata później jako „Lekarstwo na miłość”. W sumie na ekran przeniesiono jej sześć powieści, w tym dwie w Rosji. Od 1970 r. zajmuje się wyłącznie twórczością literacką. W swoim dorobku ma już ponad 70 książek. Jest dobrze znana również za granicą.  Jej powieści tłumaczono na języki obce 107 razy. Łączny nakład jej książek w Polsce przekroczył już 6 mln egzemplarzy.
nie mówiąc już o Pniewskim. A profesor Biegański! Matko Boska, to było przeurocze zupełnie! W katedrze budownictwa wiejskiego był pan profesor Piaścik, a jego asystent nazywał się Baran. Więc to nam bardzo pasowało do tego wiejskiego budownictwa. Oni to potrafili nauczyć.

Rodzina widziała Panią na medycynie, Pani jednak zdecydowała się na architekturę. To było Pani marzenie?
Ja już bardzo wcześnie wiedziałam, że na medycynę nie pójdę, bo się brzydzę. Jakby ktoś teraz stłukł sobie kolano, to pójdę do sąsiadów, a może i zadzwonię po pogotowie. No, mogę jeszcze nalać zimnej wody dla otrzeźwienia. Architektura zaś nie była moim szczytowym marzeniem, ale jednym z licznych. Zawsze lubiłam historię sztuki i architektury. Pasjonowało mnie to. Chciałam na to pójść, więc poszłam. Miałam pewną łatwość, bo potrafię rysować. Po studiach wysłali mnie do Energoprojektu. To akurat było mi potrzebne jak dziura w moście. Nastawiałam się na budownictwo użyteczności publicznej, mieszkaniówki, a nie elektrociepłownie. Zrezygnowałam jednak z zawodu bez rozpaczy wielkiej, ponieważ nie byłam koncepcjonistką. Potrafiłam opracować w pełni i z zachwytem cudze pomysły, ale nigdy nie miałam ambicji, że muszę wymyślić coś wspaniałego.

Mówi Pani, że architektura to kierunek zarówno ścisły, jak i humanistyczny.
Bo historia sztuki to też architektura. Architekt jej nie musi znać, on ją po prostu zna. I nie ominie go ta wiedza, ona sama w niego wejdzie. Na moich studiach wszystko inne, oprócz całek, było przepiękne. Ale rzecz polega na tym, że osoba, która idzie na studia, powinna wiedzieć, co lubi, czego chce, co jej się podoba i co chciałaby w życiu robić. I nie kierować się przy wyborze tym, czy będzie sławna i miała dużo pieniędzy. Najgorszym nieszczęściem człowieka jest robić przez całe życie coś, czego się nie lubi. Największe szczęście to robić to, co uwielbiasz i dostawać za to pieniądze. A architekt to jest szczególny zawód, bo międzynarodowy. W Danii porozumiewałam się rysunkowo. Po duńsku na pewno nie potrafię się dogadać, a po angielsku mówiłam bardzo dziwne rzeczy.
 
 

Trudno było dostać się na architekturę?
Zostałam przyjęta na prośbę grona profesorskiego. Na egzaminie wstępnym musieliśmy napisać pracę na temat mechanizacji pracy jako czynnika podniesienia stopy życiowej. Zmiłuj się Panie nade mną! Przecież ja siedziałam w klasykach XIX-wiecznych! Ja mieszkałam między nimi. Więc napisałam wszystko na logikę i rozum. Jako jedyna nie napisałam ani jednego słowa o planie sześcioletnim, bo nie miałam o nim zielonego pojęcia. Wyróżniłam się tak, że kategorycznie zażądano, abym została przyjęta.

Była Pani ulubienicą profesorów?
Nie. Byłam normalna. Ja nie miałam czasu być niczyją ulubienicą. Raz rozweseliłam profesora Poniża moim egzaminem z wytrzymałości materiałów. Przydzielony do naszej grupy asystent profesora Poniża w poziomie mojej wiedzy orientował się doskonale, miał litość w sercu, podszedł dyskretnie i napisał mi rozwiązanie na kwicie egzaminacyjnym ołówkiem H6. Przepisałam je porządnie, nie wnikając w sens. Stopnie stawiał tenże asystent, Zygmuś Konarzewski. Nie ośmielił się samemu sobie postawić pięć i postawił pięć minus. Szczęśliwa niczym skowronek na nieboskłonie pozwoliłam sobie na wygłup. Kwity egzaminacyjne musiał podpisać profesor, siedział w sąsiednim audytorium czymś zajęty, oczywiście poleciałam tam i pogoniłam go. „Panie profesorze, na pana profesora bezcenny autograf czekamy!”, potem jeszcze zaglądałam parę razy i czyniłam różne podobne uwagi. Poniż w końcu przyszedł, miałam jeszcze tyle rozumu, że przestałam się go czepiać i włazić w oczy, i schowałam się w kreślarni. Znaleźli mnie tam i przywlekli do audytorium, bo profesor podobno chciał mnie zobaczyć.

I co?
„O, proszę pani!”, powiedział na mój widok. „Gdybym ja wiedział, że pani ma syna, to postawiłbym pani pięć, a nie pięć minus”. Nie zdążyłam się odezwać, bo uczyniła to za mnie jakaś stojąca obok niego jełopa. „A to proszę bardzo, panie profesorze”, powiedział ten cep. „Tu jest wolny kwit, może pan profesor wpisze koleżance pięć”. Poniż był w szampańskim humorze. Wziął ten wolny kwit. „A to doskonale”, rzekł. „Zadam pani tylko takie jedno malutkie pytanko i wpiszę pięć”. Popłoch we mnie eksplodował. W desperacji ostatecznej zawahałam się, co zrobić. Wybuchnąć płaczem, zemdleć, odwrócić się i uciec z audytorium bez słowa, czy paść na kolana z krzykiem: „Panie profesorze, trzy minus, tylko bez pytanka!”.

Uciekła Pani?
Nic nie zrobiłam, bo nie zdołałam podjąć decyzji. „Proszę pani, ma pani kołyskę?”, powiedział upiornie zadowolony Poniż. „Nie, panie profesorze, mam wózek”, odparłam beznadziejnie i zgodnie z prawdą. „Ale widziała pani kołyskę?”, zapytał. „Widziałam”, odpowiedziałam. „To niech mi pani powie, jaki moment wpływa na to, że ona się kołysze?”. Na całe szczęście rozbudował pytanie. Ten „moment” mnie ogłuszył, do dziś wiem, że jemu chodziło o moment obrotowy, ale w owej chwili takie pojęcia nie były mi dostępne. Wyłożyłabym się z miejsca, gdyby Poniż nie kontynuował. „Jak to trzeba kołysać, żeby najmniej wysiłku i czasu zużyć?”. Spłynęła na mnie rozpaczliwa determinacja. Nic nie umiałam i zrobiło mi się wszystko jedno. „Przede wszystkim, panie profesorze, to w ogóle nie należy kołysać, bo się dziecko przyzwyczai i będzie krzyczeć. A po drugie, to i tak człowiek tyle siły i czasu traci, że to już żadna różnica”, rzekłam stanowczo.

Odwagi Pani nie brakowało. Jaka była reakcja profesora?
Wesołość wzbudziłam ogólną, ale Poniż nie popuszczał. „No rzeczywiście, pani chyba wie lepiej. Ale rower na przykład. Jak to się dzieje, że przyciska pani pedały ku dołowi, a on jedzie w przód?”. „A bo tam się taki łańcuch kręci, panie profesorze, i tak go popycha”, odparłam w szczerym przekonaniu, że mówię to, co trzeba. „No, zgasiła mnie pani. Ale jeszcze jedno...”, stwierdził rozweselony pan profesor wśród kwików radości. Dookoła rozległy się krzyki, że miało być tylko jedno pytanko. Poniż się uparł. Zadał cholerne pytanko.

Trudne?

Jak istnieje pięć rodzajów wytrzymałości, które mają swoje wzory, tak wiedziałam jedno: że wzór wytrzymałości na wyboczenie zaczyna się na „l”. Na tym koniec. No i Poniż zapytał mnie o ten wzór na wyboczenie. Nadal mi było wszystko jedno. Śmiałym krokiem podeszłam do tablicy, śmiałym gestem ujęłam kredę i z rozmachem napisałam to „l”. Potem dołożyłam „=” i narysowałam poziomą krechę, bo wzrokowo pamiętałam, że wzory stanowią coś jakby ułamki. Następnie zaczęłam patrzeć na Zygmusia Konarzewskiego, który bardzo blady stał za plecami Poniża. Alfabet ma ograniczoną liczbę liter, cyfr istnieje jeszcze mniej. Wykluczywszy zero na froncie i takie rzeczy jak „ą”, „ę” i „ó”, można przy pewnym wysiłku do czegoś dojść. Pisałam cokolwiek i spoglądałam na Zygmusia. Jeśli kiwał głową, kontynuowałam, jeśli kręcił, wśród chichotów zmazywałam swoją twórczość ścierką. Poniż uwierzył, że muszę świetnie znać przedmiot, bo niemożliwe, żeby ktoś nic nie umiał i tak się wygłupiał. I postawił mi pięć.
 
 

Mówi Pani, że trafiła na studiach na wspaniałych ludzi.
Gdy zdawałam na studia, na jedno miejsce przypadało około 12-15 osób. Na rok dostało się 125. Potem częściowo się wykruszały. To była większość młodzieży z przedwojennej inteligencji, na odpowiednim poziomie. Nie było mowy, że ktoś był nieoczytany. To samo dotyczy mojej pracy. Zawsze miałam szczęście do ludzi. Otaczali mnie inteligentni i błyskotliwi, pełni poczucia humoru i fantazji. To zwyczajny fart.

Tylu chętnych jest teraz na psychologię.
Tak, bo tam nic nie trzeba umieć. To jest idealny kierunek dla osób leniwych umysłowo i trochę tumanowatych. To samo dotyczy dziennikarstwa. Ci, którzy idą na dziennikarstwo, nie nadają się na dziennikarzy. Bo dziennikarz to jest spostrzegawczość, ciekawość świata, ludzi, umiejętność dostrzegania sedna rzeczy, pisania – i to wystarczy w zupełności. A czego on się tam nauczy? Niczego.

Młodzież jest leniwa...
To mało powiedziane, to jest śmierdzące lenistwo! A gdy spojrzymy na dziennikarzy telewizyjnych, to można rwać włosy z głowy. Zwracają się do ludzi z ekranu, ale czy nie mogą wcześniej nauczyć się mówić? Znają w zasadzie tylko dwie samogłoski  – „e” i „y”. Jest taka jedna, której nazwiska nie podam, żeby nie wytoczyła mi sprawy sądowej, która operuje bardzo ładnym językiem polskim i jest potwornie błyskotliwa. Problem w tym, że tworzy ogromną liczbę nowych słów. Wszystkie zaczynają się na „e” – „eniedługo epójdą edokądś”. Czasami tylko łącznik „i” jest pozbawiony tego „e”. Czy ona, do pioruna jasnego, nie mogłaby nauczyć się mówić? Szkoda, bo jest sympatyczna, ładna i widać, że ma inklinacje do tego zawodu. Daruję spikerowi piłki futbolowej zwroty typu „pędzi jak rozjuszony czołg”. W emocjach można coś takiego stworzyć. Natomiast nigdy nie daruję spikerce radiowej, która powiedziała: „wielu podróżnych, nie zdołając kupić biletów, zrezygnowało z podróży”. Jak się uczyli w szkole o imiesłowach, to chyba poszła na wagary. Sama doprowadziłam do obłędu część Polskiego Radia, poprawiając ich z „tą łyżeczkę” na „tę łyżeczkę”. I mówi się: „kopnę w tyłek tę panią”, nigdy „tą”. Te niuanse języka polskiego są przepiękne.

Zamiast z niuansami na studiach miała Pani do czynienia z innymi zagadnieniami. Podobno nie lubiła Pani na przykład zajęć z konstrukcji stalowych?
Nie byłam jakoś szczególnie znakomita z konstrukcji stalowych,  ponieważ nie operuję całkami, a pan profesor jechał na tablicy tymi całkami – jedną ręką pisał, drugą ścierał. Nie nadążałam czegokolwiek napisać ani tym bardziej zrozumieć, więc robiłam na drutach. A to, że później udało zdać mi się zdać ten egzamin, to był cud boski, nic innego. 

Na pierwszym roku studiów urodziła Pani dziecko. Jak wtedy wyglądało Pani życie towarzyskie?
Trochę wspominam to z łezką w oku, bo nie miałam czasu na życie towarzyskie. Urlopu macierzyńskiego miałam dokładnie dziewięć dni. Od razu poszłam na wykłady. To wszystko, co było rozrywkowe, nie dotyczyło mnie. Od czasu do czasu coś się zdarzało. Rozrywką były praktyki. Dziewczyny musiały na przykład mierzyć detal późnorenesansowy  w kościele Jezuitów w Lublinie na wysokości 12 metrów, bez żadnego zabezpieczenia. I to z dokładnością do 1 centymetra. Ale udało nam się to. Żadna nie zleciała.

Dlaczego nie brała Pani pod uwagę bezpieczniejszych studiów polonistycznych? Przecież kochała pani czytać...
A po co mi? Polskiego języka można nauczyć się bez wyższej uczelni. Jeżeli komuś zależy na znakomitej znajomości języka polskiego, wystarczy wziąć kilka odpowiednich książek i proszę uprzejmie! Studia są niepotrzebne. Pamiętam zebranie w Związku Literatów, siedziało tam 80 procent tłumaczy, a tylko 20 procent osób piszących od siebie. Byli to ludzie niewątpliwie na poziomie. Ale ci, których tłumaczenia czytam teraz, to jest dramat. Bo co znaczy na przykład „wydawać z siebie głuche pogańskie odgłosy”? To, przepraszam za wyrażenie, oni pierdzieli tak oryginalnie czy co? I ten problem dotyczy bardzo wielu książek. Tłumaczenia są błędne. Tłumacze nie znają swojego ojczystego języka, a co dopiero obcego!

Rozmawiał Wiktor Krajewski
Poprzedni W drodze na Harvard
Konkurs “Wprost” i Ambasady USA rozstrzygnięty! Następny

Nie ma jeszcze komentarzy, Twój może być pierwszy.
Dodaj swój komentarz:
Oceń artykuł:
Polityka prywatności Regulamin Reklama Kanały rss Kontakt Mapa strony
Dlaczego.com.pl   2007-2012   Wszelkie prawa zastrzeżone
   1.2534
Firma w holdingu PMPG